LONDON – part one
Londyn odwiedzam po raz pierwszy. 5 dni to bardzo malo dla tak wielkiego miasta, nie mam zbyt duzego pojecia od czego i jak zaczac poznawac Londyn..Przegladam goraczkowo przewodniki i trafiam na zdanie: ” Tak naprawde kazdy przeciez moze miec swoj Londyn, nie gorszy od innych, i to jest jeden z wielkich atutow tego wspanialego miasta.” Wyciszam wiec moja saturniana czesc natury i stawiam na luz i intuicje.
O tym , ze jestem zwierzeciem typowo wielkomiejsko-molochowym przekonalam sie juz dosyc dawno. Ubostwienie dla murow, kamieni, cegiel, bruku, kocich lbow itp. A do tego straszliwie mi sie podobaja ciasne, krete ulice – nic wiec dziwnego, ze oszalam ze szczescia na poludniowym brzegu Tamizy, na Gainsford Street -uliczka znajdujaca sie na odcinku Tower Bridge - Design Museum.
posilek wojownika – czyli ukochane sushi za jedyne 4 funty ( zgroza, taniej niz hamburger) zjedzone na malowniczym murku w dzielnicy finansjery czyli City.
Obok tej slicznoty nie udalo mi sie przejsc obojetnie…po malym targowaniu ze sprzedawca, udalo mi sie ja kupic za 15funtow. Czasem mam szczescie jednak i udaje mi sie trafic cos wyjatkowego za bezcen…
Byc w Londynie i nie kupic sobie butow byloby grzechem, prawda? A do tego hiper modnych platform, z mieciutkiej skorki za jednyne 35 funtow…
Na Baker Street docieram ciut poznawo i zostaje mi jedynie pocalowanie klamki domostwa Sherlocka Holmesa, mojego guru z lat dziecinnych. Fikcja, nie fikcja i tak czuje fajny dreszczyk patrzac na tabliczke 221B…
I tyle na dzis mojego migawkowego Londynu. W nastepnych postach relacje z London Fashion Week, wystawy Timiego Walkera i cudow w National Gallery.
A w kaciku muzycznym cos z plytki zakupionej w Londku ofkors ( 3 funty ) , choc niekoniecznie londynsko ale bardzo mi podpasowalo do mojej podrozy.





















































wrzesień 19, 2008 @ 9:50 pm
mam hopla na punkcie Gainsford Street…ale Ty to wiesz
wlasnie tak jakos znalazlem ogloszenie o sprzedazy mieszkania tam
mozna zakupic heheh… cena tak, ze szczeka spada na podloge i drazy uporczywie droge do mieszkania sasiadow z parteru
http://pl.youtube.com/watch?v=FiVvA9YQpiI tamtaradej!
wrzesień 19, 2008 @ 10:00 pm
a ja myslalam, ze Ty w Dokach Sw. Katarzyny chcesz mieszkac i umrzec..?:)
wrzesień 20, 2008 @ 1:25 am
magda foci strita
wrzesień 20, 2008 @ 12:15 pm
nie nie nie
toc tlumaczylem :> ze po drugiej stornie od dokow… za tower bridge w lewo :] Doki to taki by byl mily dodatek na spacery : )
wrzesień 20, 2008 @ 1:40 pm
Hmm..a ja strasznie nie lubie Anglii i jej klimatu w doslownym i przenosnym tego slowa znaczeniu. Te brzydkie domki z malymi oknami i drzwiczkami, wszystkie do siebie podobne… szarobure zaslony w oknach…zwiedzic, zobaczyc i bye bye home, ale mieszkac- nigdy
na swiecie jest duzo ciekawszych miejsc.
wrzesień 20, 2008 @ 2:25 pm
Przyznaję się, popełniłam grzech nie kupując sobie butów będąc tam kilkakrotnie. Na własne usprawiedliwienie mam tylko to, że byłam zaaferowana dreptaniem tymi cudnymi uliczkami i korzystaniem z przywileju darmowych muzeów;) Zazdroszczę jednak i tych świetnych butów i krótkiego pobytu w tym przepięknym mieście
wrzesień 21, 2008 @ 10:13 am
obowiązkowe punkty na leniwe spacery i świetne zakupowe łowy jednocześnie – brick lane st. mnóstwo niepowtarzalnych rzeczy, większość ręcznie robionych… no i jeszcze targ kwiatowy na columbia rd. z najlepszą kawą w mieście. następnym razem musisz to nadrobić, june!
wrzesień 27, 2008 @ 5:40 pm
nie ma takiego miasta londyn… jest lądek zdrój
wrzesień 28, 2008 @ 12:51 am
Londyn był do niedawna moim ukochanym miastem, wyprzedził je paręnaście dni temu Nowy Jork ale Londyn i tak wciąż jest cudny. Jest bardziej nastrojowy i melancholijny niż NYC. Ale i tak wszystkim tym miastom do Lądku zdrój(tak to się odmienia?) daleko brakuje.