Skip to content
Luty 12, 2011 / junemiller

June na chorobowym czyli maly nosorozec pod kocem,basnie pod koldra a poetycko odrabane glowy w sadzie jablkowym

Zaczelo sie niewinnie wieczornymi miesniobolami, ktore ignorowalam traktujac jako przejaw zmeczenia, stresow, calodziennej bieganiny, nadmiaru pracy itp. Ale po miesiacu punktualnych akcji typu – cyk, godz.20ta, bol i to taki, ze bez tabletki nie idzie zasnac – stwierdzilam, ze to chyba cos wiecej niz przemeczenie i udalam sie do tzw. rodzinnego.

Nie bede opisywac urokow przychodni, poczekalni z kilometrowymi kolejkami, kluczenia od lekarza do lekarza bo kazdy kto choc raz probowal sie leczyc nieprywatnie wie doskonale o co chodzi. W kazdym razie wynik jest taki, ze nadal nie wiadomo co mi jest. Antybiotyk o szerokim spektrum nie pomogl. Codzienne miesniobole jak byly tak sa, doszla goraczka, dreszcze itp. Lekarze rozkladaja bezradnie raczki a paracetamol stal sie mym jedynym przyjacielem w niedoli. W najblizszym czasie czeka mnie hospitalizacja bo tylko wtedy mozna mi zapodac tomograf i wszelkie inne badania trudno dostepne z doskoku.

Na razie wiekszosc czasu spedzam w pozycji horyzontalnej, z laptopem na brzuchu ( dla mnie prawdziwa nowosc bo do tej pory laptopa odpalalam tylko i wylacznie na wyjazdach), owinieta w koce i zakutana w grube swetry. Niestety miesniobole zmienily nieco forme atakow i z punktulanie wieczornych postanowily przeobrazic sie w atakujace z nienacka o kazdej porze dnia i nocy. Pobrataly sie tez na dobre z goraczka, bolem glowy i dreszczami wiec jak mnie dorwa to o normalnym funkcjonowaniu nie ma mowy.

No ale starczy narzekania bo zrobilo sie emerycko a ja na chorobowym czuje sie najczesciej bardzo dziecinnie i wracam do klimatow z mojego zoltego pokoiku u babci Stefci, w ktorym chorowalam co prawda niezbyt czesto i zwykle na typowe kilkudniowe przeziebienia ale atmosfera otoczenia i klimat tamtych dni byl na tyle sugestywny, ze wbil mi sie w mozgownice i wraca do mnie teraz tak wyraziscie jakby to bylo wczoraj. Lezac teraz we wszechogarniajacej mnie goraczce, przypominam sobie pulsujace na scianach pokoiku u babci swiatlo, wzory firanek, zapach stojacego na parapecie mirtu i geranium pomieszany z zapachem soku z cebuli i olejku kamforowego, ktorym regularnie nacierala mnie babcia (olejkiem rzecz jasna a nie sokiem z cebuli), stosy czytanych calymi dniami ksiazek, chowanych przed babcia pod koldra, dziwne stany, kiedy goraczkujac zdawalo mi sie, ze sciany puchna a po ich powierzchni przetaczaja sie leniwie olbrzymie slonie i nosorozce…Ja sama czulam sie po trosze jak taki pluszowy, ociezaly od kocy i puchowych babcinych kolder nosorozec. Babcia do kazdej mojej choroby podchodzila jak niezmordowany torreador, uzbrojona w tajemne przepisy zielarskie i domowe staropolskie sposoby. Nawiedzala moj zolty pokoik od samego switu, podajac mi napary, wywary, smarujac, masujac, zmieniajac poduszki i pizamy. Ale byly tez chwile blogiej chorej samotnosci. Zapadala cisza, sprzyjajaca kontemplacji wlasnej choroby, swiatla na scianach i przede wszystkim delektowaniu sie ukochanymi ksiazkami, do ktorych nieograniczony dostep mialam dzieki mamie, pracujacej w bibliotece.

Bo trzeba Wam wyjasnic moi mlodsi czytelnicy, ze kiedy pani June byla dzieckiem to czasy byl inne i nie mozna bylo sobie ot tak wejsc do ksiegarni i kupic co sie chce. Przede wszystkim dlatego, ze nic nie bylo a jak juz sie dlugo oczekiwany towar pojawial to ustawialy sie takie kolejki, ze hoho i starczalo najczeciej tylko dla znajomych i rodziny ksiegarza. Mialam wiec naprawde duzo szczescia i moglam bezczelnie zamawiac sobie coraz to nowe pozycje z dostawa do domu. Czytalam duzo i wlasciwie wszystko, od pozycji mlodziezowych  poprzez kryminaly, ksiazki podroznicze i historyczne na biografiach znanych malarzy konczac. Zawsze tez wracalam do basni, zafascynowana ich surrealizmem, magia i nierzadko okrucienstwem. Basnie Andersena i braci Grimm w duzej mierze uksztaltowaly moj sposob postrzegania swiata, poczucie piekna i estetyki. Myle, ze dzieki nim lepiej sie czuje w molowych, nieco nostalgicznych klimatach, czesto doprawionych makabreska i tego samego szukam dzis w filmie, muzyce i fotografii.

W ilustracje do moich powyzszych wywodow idealanie wpasuje sie sesja „Fairy time” autorstwa Tima Walkera, do ktorego cieplejszych uczuc nabralam po wystawie w Design Museum, na ktora trafilam przypadkiem podczas mojego pierwszego pobytu w Londynie. Tworczosc Tima, o ktorej juz kiedys szerzej pisalam na blogu, jest bardzo mocno osadzona w basniowosci. Basniowosci takiej jaka lubie, bez zbytniego lukru i kiczu ale za to z pomyslem, czarnym humorem, lekkoscia i nostalgia. W sesji ‚Fairy time” mamy pastelowy sad jablkowy i cudne panny wystylizowane na wczesna Jadwige Smosarska z etapu kina niemego czyli biale lico, mocne brwi, przydymione oko i usta w ciup. Uwielbiam ten rodzaj stylizacji, wygrywa z nim tylko ponczochowe dekadanckie i koniecznie niemieckie miedzywojnie oraz rozpasany barok tuz przed wybuchem rewolucji francuskiej.

Twarze modelek w stylizacjach na kino nieme robia sie mocno odrealnione, nadmiar makijazu zamienia je w manekinowe lalki ale nie pozbawia wyrazu, emocji i poezji. Calosci dopelnia genialne polaczenie delikatnych koronek i muslinow z czarnymi czepkami z lateksu.  No i oczywiscie pomyslowosc Walkera na powtarzajacy sie motyw z odsztukowana glowa….Czysta basn – balsam na moja dusze i chore cialo a takich lekarstw nigdy za wiele.

A propos tych jablek to traf chce, ze ostatnio spozywam ich wyjatkowo duzo, zarowno w postaci kraglej jaki i plynnej. Lekarze polecili witaminy a jablko jak wiadomo mimo pozoru latwo dostepnego w Polsce owocu jest przebogate witaminowo no i smaczne. Chrupiac wiec pyszne jablko i podziwiajac po raz enty poetycko odrabane glowy w lateksowych czepkach zycze Panstwu duzo basni, zdrowia i coraz blizszej wiosny

June bywajaca Nosorozcem

Reklamy

7 komentarzy

Dodaj komentarz
  1. Ola / Lu 12 2011 8:27 pm

    Szybkiego powrotu do zdrowia życzę 😉

  2. piotr / Lu 12 2011 9:10 pm

    Hej..znam to uczucie…..pozdrawiam serdecznie i powrotu szybkiego do zdrowia,

  3. real / Lu 13 2011 11:50 am

    Stąd taka przerwa od ostatniego wpisu… Dużo zdrowia, June. Czasem życie daje znak, że trzeba dla odmiany zająć się sobą… czas na kontemplację, jak piszesz, ale może też żeby zwyczajnie zatroszczyć się o siebie… Taki urok dorosłego życia — babcie już się o nas nie zatroszczą… I oby do wiosny 🙂

  4. lou / Lu 15 2011 5:09 pm

    Piękne. Twoje słowa i zdjęcia Walkera.
    Obyś szybko wróciła do zdrowia.

  5. blurppp / Lu 16 2011 7:47 pm

    Piękne kreacje,
    Pani autorka jest zawsze młoda
    Od zdrowia szybkiego powrotu życzę

  6. michalmarczewski / Lu 19 2011 2:40 pm

    Na poprawę samopoczucia Gareth Pugh – elegancki jak nigdy i trochę oderwany od rzeczywistości…

  7. Goshymou / Lu 25 2011 11:03 am

    Droga June,z wielka zapalczywością czytam każdy Twój wpis i jestem święcie przekonana (w szczególności po przeczytaniu ostatniego),że wyobraźnię masz wszech ogromną.Co skutkuje oczywiście moim zainteresowaniem bloga oraz fotografii poprzedzających pytaniem ‚kiedy następne?’.Mam nadzieję,żę szybko wyzdrowiejesz i wydobędziesz z siebie dzięki temu jeszcze więcej chęci do pracy.Pozdrawiam z kąta przy grzejniku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: