Skip to content
Listopad 27, 2012 / junemiller

Mój listopad..

Na ogół nie lubiany, obrzydzany a ja go lubię.

Lubię opadające liście, liście szeleszczące pod stopami, zalegające w parkach, nie tylko te kolorowe w słońcu ale i te gnijące, wydzielające specyficzne zapachy na piwniczną, ziemną nutę.

Lubię jego początek wraz z Dniem Wszystkich Świętych, które nieodmiennie i od lat tytułuję Świętem Zmarłych. Wiem,że nazwa ta jest pomysłem PRLu ale mimo to bardziej mi pasuje. Być może dlatego,że częściej myślę o zmarłych niż o świętych…są mi bliżsi.

Lubię listopadowe szybkie zapadanie zmroku, blaknięcie kolorów, szarugę nieba, mgły. Wcale mnie to nie przygnębia choć rzecz jasna sprzyja zadumie o wiele bardziej niż rześki majowy poranek. Ale myślenia się nie pozbędę, chociaż czasem by się przydało pobyć w rozkosznej pustce i podporządkować swoje bycie najprostszym instynktom, wykonywaniu schematycznych czynności. Marzenia ściętej głowy.

Zapadający mrok miło się harmonizuje ze światłem lampki, suchym i ciepłym kawałkiem własnej podłogi. Sprzyja siedzeniu pod kocem, czytaniu książek, słuchaniu Bacha, powrotem do zapomnianej szuflady z kredkami i tworzenia obrazków.

A propos rysowania to dopadła mnie tak wielka tęsknota za ołówkiem, że w ostatnią sobotę popelniłam kilka gryzmołków. Na razie takich bajkowo-kotkowych, pod kątem mojej Matyldy ale jak  wrócę do domu to postaram sie podziałac mocniej.

Tęsknie też do pisania…Odkryłam notes pełen zapomnianych zapisków czynionych w Londynie. Najwięcej w nim impresji o obrazach z The National Gallery ukochanej, żywiołowo skrobanych podczas kolejnych odwiedzin u pana van Eycka, Memlinga, Ucello czy Cranacha. Czekają na rozwinięcie, popłynięcie w temat, pobuszowanie w cudownej jesieni średniowiecza i późniejszych wiekach odrodzenia i baroku.

Moje pobyty w Szczecinie przelatują mi przez palce. Tak wiele jest zawsze do zrobienia a doba jest taka krótka… Dobitnym przykładem jest na to niniejszy wpis, zaczęty w pełni listopada, przerwany i kontynuowany teraz, czyli pod jego nieuchronny koniec. Nawet nie mogłam w pełni nacieszyć się listopadowością ulubionego miesiąca i napisać o nim w adekwatnym czasie. Eh..  Grudzień za pasem. Wczoraj na stacji benzynowej dopadł mnie znienacka świąteczny song Mariah Carey ( brrrr…). No i choinki na wystawach. To naprawdę już? Znikną liściaste, grzybowo-orzechowe zapachy w parkach, przymrozek wytłumi je wszystkie doszczętnie. Szkoda.

Święta mnie nie cieszą, zwłaszcza od kiedy odszedł Tato. A teraz nie mam pojęcia gdzie będzie dane mi je spędzić – w domu czy w klinice. I prosze nie myśleć, że się teraz zaczną gorzkie żale. Absolutnie nie. Eastwood czuwa i nie pozwala na rozklejanie. Tym bardziej, że nałapałam podczas ostatniego pobytu w Szczecinie dużo dobrej energii a pozbyłam sie ton negatywnej. Będzie dobrze.

A na zakończenie pochwale się moją najnowszą modelką, w ktorej rozkochał się już modelingowy swiat. Sporo sesji testowych  z nią popełniłam ale pokaże na razie jedno zdjecie portretowe: Marlena w moim wielgachnym swetrze z surowej welny. Wyszlo tutaj jej podobieństwo do Natalii Vodianovej. Niesamowita delikatnosc i dziewczęcość połączona ze zmysłowością. A do tego to swetrzysko jako zapowiedź nadchodzacej zimy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: