Przeskocz do treści
Grudzień 29, 2012 / junemiller

Moje ABC w najnowszym numerze Invited Magazine

Moje prywatne ABC (niekoniecznie o polskim modelingowym światku jak to w podtytule ujął ktoś z redakcji) znalazło się w czwartym numerze Invited Magazine. Zostało okraszone kilkoma zdjęciami, wybór których zleciłam redakcji bo sama nie potrafiłam wybrać tych swoich naj. Na większości króluje piegowata Sylwia, która przez kilka ładnych lat była moją agencyjną modelką, pod kontem sesji jedną z ulubionych. Artykuł otwiera zdjęcie z sesji inspirowanej filmem „Piknik pod Wiszącą Skałą” a zamyka ulubiona sesją plażowo-burzowa, podczas której powstały czarno-białe, mocno kontrastowe foty, na których króluje właśnie piegowata Sylwia.

 

ABC Magdy Lipiejko.
A jak Artysta
Nie znoszę tego określenia. Kojarzy mi się niezmiennie od lat z barwną wydmuszką brylującą na wernisażach i „salonach”. Wolę nazywać się twórcą, skromniejsze i na temat.
B jak Bach
Geniusz dźwięków. Z natury jestem dosyć dynamiczna i rozedrgana więc nie ma nic lepszego na powrót do harmonii poprzez zapodanie sobie Wariacji Goldbergowskich. Najsmaczniejsze w wykonaniu Glenna Goulda rzecz jasna.
C jak Człowiek Orkiestra
Najbardziej dosadna charakterystyka mojej osoby.Przy tworzeniu sesji zdjęciowych zajmuję się dosłownie wszystkim – od wybrania miejscówki i modelki, przygotowania strojów i dodatków poprzez wykonanie makijażu, fryzur, wystylizowanie modelki, na postprodukcji i retuszu kończąc. Fantastyczne chociaż bywa męczące. Działanie takie nie wynika z samouwielbienia umiejętności własnych a bardziej z mojego perfekcjonizmu, drobiazgowego wnikania w każdy najmniejszy szczegół, tak istotny dla finalnej całości.
D jak Drzewa
Moja miłość absolutna. Im starsze i bardziej rozłożyste tym lepsze. Jakiś czas temu oczarowały mnie grube jak baobaby drzewa w londyńskim Richmond Park ale te z Parku Żeromskiego, obok którego mam wielkie szczęście mieszkać, też są wspaniałe.
E jak Evangelista
Top modelka, kobieta kameleon, muza Lindbergha i Meisela. Perfekcyjna w każdym calu, fryzurze i stylizacji. Od niej zaczęła się moja fascynacja modelkami.
F jak Fotografia
Nie jestem typowym fotografem. Nie fascynuję się sprzętem fotograficznym i nie dostaję orgazmu kiedy na rynku pojawia się nowy obiektyw. O wiele bardziej niż dysputy o przewadze jednego szkła nad drugim, fascynuje mnie w fotografii możliwość kreowania od podstaw nowych światów, opowiadanie historii, malowanie światłem i zamykanie w kadrze ulotnego momentu. Myślę, że po prostu w pewnym momencie aparat fotograficzny zastąpił mi pędzel i ołówek.
H jak Henry Miller
Mój guru i jeden z ulubionych pisarzy i outsiderów. Szanuje go za odwagę, siłę przekazu i poczucie humoru. Od imienia jego muzy i żony wziął się mój pseudonim – June Miller.
K jak Kino
Kolejna fascynacja i inspiracja. Do tej pory udało mi się stworzyć kilka sesji inspirowanych dziełami i ikonami X muzy – „Piknik pod wiszącą skałą”,”Piękność dnia”, „Lolita”, Marlene Dietrich, Bette Davis, Louise Brooks, zimne blondynki Hitchcocka. Mam ciągle apetyt na więcej..
M jak Modelki
Bez nich nie byłoby mojej fotografii i….agencji. Mam tą przewagę nad większością fotografów, że większość dziewczyn, które fotografuję znam od podszewki. Są przeze mnie odkrywane, wyławiane z przysłowiowego ulicznego tłumu i następnie wprowadzane w modeling od podstaw. Stawiają swoje pierwsze kroki przed moim obiektywem, uczą się póz, wyrażania emocji za pomocą mimiki i gestów. Mam wielką przyjemność w obserwowaniu ich rozwoju, przemiany zwykłych nastolatek w modelingowe divy, świadome swojej siły i urody.
N jak National Gallery
Mogłabym w niej zamieszkać tak wielkie jest moje uwielbienie dla malarstwa klasycznego, które tam jest wyeksponowane. Cranach, van Eyeck, van der Weyden, Memling, Bronzino, Ucello – wielcy mistrzowie, na dziełach których się wychowywałam dzięki biblioteczce mojego taty. Są dla mnie inspiracją bez dna, nie tylko dla fotografii ale i stylizacji. Czasem łapię też się na tym, że wybieram modelki podobne do madonn czy mieszczek z ukochanych obrazów.
S jak Szczecin
Nie tylko rodzinne miasto ale i ulubione miejsce na ziemi. Uważam je za jedno z najpiękniejszych w Polsce( i nie tylko), ze względu na architekturę, gwiaździsty układ ulic, olbrzymie parki, poniemiecki europejski szyk pomimo wojennych i PRL-owskich działań, wilgotny klimat i bliskość morza.
T jak Tato
Największy mistrz, przyjaciel i outsider. On dał początek moim fascynacjom i inspiracjom przez swoje albumy i książki, amatorską ciemnię fotograficzną montowaną wieczorami w kuchni, wycieczki do muzeów, filharmonii, kin i lasów. I niekończące się rozmowy o wszystkim. Dzięki Tato.

juneblog01

juneblog02

juneblog03

juneblog04

juneblog05

juneblog06

 

 

 

Reklamy
Grudzień 6, 2012 / junemiller

na temat

Dziś wystartował mój nowy blog na portalu Tomasza Lisa „Na temat” : http://magdalipiejko.natemat.pl/

Od dziś więc postaram się tam regularnie strzępić moje pióro a Państwa serdecznie zapraszam do czytania i komentowania:) Nie oznacza to, że porzucam niniejszym stary, dobry wordpress. Będę tu na pewno wracać i pisywać co czas jakiś o ile siły i wena pozwolą.

 

miłego przedświątecznego grudnia wszystkim

 

june

Grudzień 1, 2012 / junemiller

O malarstwie klasycznym w fotografii mody słów kilka i obrazków też

Związek to dosyć przewidywalny w postmodernistycznej rzeczywistości, gdzie twórcy nie łamią już sobie głów i narzędzi w poszukiwaniu jedynej słusznej prawdy i wybierają zabawę konwencjami, miksowanie tematów czerpanych pełnymi garściami z bogactwa przeszłości.
Jako wielki miłośnik malarstwa klasycznego, odczuwam błogie zadowolenie oglądając zapożyczenia ze sztuki średniowiecza, renesansu czy baroku we współczesnych kampaniach projektantów mody czy na zdjęciach edytorialowych. Tym bardziej, że moje receptory niekoniecznie dobrze reagują na tak zwaną sztukę współczesną ( oczywiście uogólniam) i chcąc nie chcąc powracam do malarstwa zgromadzonego w ulubionym National Gallery by rozkoszować się odbiorem dzieł mistrza van Eycka,Memlinga,Cranacha, Degas czy Rousseau. Geniusz i maestria z czasów minionych na nowo odżywa w fotografii komercyjnej i dzięki temu ma szanse dotrzeć do masowego odbiorcy.
 
Wydawać by się mogło,że to nic trudnego – ot taki na przykład amerykanski Vogue ze swoim rozmachem i budżetem zatrudni po raz kolejny panią Leibovitz wraz z jej dzielną ekipą i bez problemu odtworzą dowolny obraz prerafaelitów czy mistrzów późnego średniowiecza, z wykorzystaniem sukien z najnowszego haute couture i celebrytki z aktualnego topu w roli głównej. Z całym szacunkiem dla profesjonalizmu pani Leibovitz ale akurat jej wariacje fotograficzne na temat znanych obrazów czy też dzieł literatury czy postaci historycznych kompletnie do mnie nie trafiają. Są tak mocno dopracowane w każdym szczególe, wręcz wycyzelowane, jakby twórcy zależało na wzbudzeniu u oglądającego podziwu absolutnego i to nie tylko  nad samym zdjęciem ile nad  jego twórcą. Drobiazgowa perfekcja czyni z tychże fotografii rodzaj postmodernistycznej kopii, często kojarzącej się z barwną i nieco nadętą scenką rodzajową z wlepionymi w nią na siłę aktorami.
leibovitz

Zabrakło lekkości, przymrużenia oka, owej słynnej postmodernistycznej gry jaką prowadzi twórca nie tylko z cytowanymi dziełami zepoki ale także ze współczesnym odbiorcą. Z drugiej strony może jednak nie potrzebnie się czepiam samej Leibovitz bo przecież niebagatelny wpływ na wszystkie sesje dopuszczone do publikacji w Vogue USA ma cesarzowa Anna Vintour więc to jej gustowi możemy podziękować za takie a nie inne obrazki. Vintour ponoć zawsze ma rację i wybiera w imieniu wszystkich amerykanek. Nie jestem amerykanką jak widać;)

A teraz przejdziemy płynnie do przykładów, które moim zdaniem wyszły zwycięsko w potyczce z cytowanymi obrazami.

Kampania Versace by Steven Meisel w duchu mistrzów renesansu:

meisel versace renesans01

Kampania dla Yves Saint Laurent autorstwa Mario Sorrenti i ponownie renesans i najbardziej znany portret z tamtej epoki ale bardziej urozmaicony i uwspółcześniony:

YSL Spring 1999 ad campaign Mario Sorrenti Da Vinci Mona Lisa

A poniżej ponownie Sorrenti i jego zabawa z jednym z najczęściej współcześnie cytowanych obrazów z manierystycznej szkoły Fontainebleu:

YSL Spring 1999 ad campaign Mario Sorrenti Fontainbleau Gabrielle d'Estrees

Interpretacja słynnego „Śniadania na trawie” Maneta bawi pomysłem z odwróceniem ról głównych bohaterów:

yvessaintlaurentpicnickatemoss

Podobną taktykę Sorrenti zastosował przy „Olimpii” Maneta, zastępując tytułową Olimpię – mężczyzną ( niestety ubranym no ale to ostatecznie kampania domu mody):

YSL Spring 1999 ad campaign Mario Sorrenti Manet Olympia

Zupełnie inaczej podeszła do tematu Dorothee Golz i jej zabawa z ponadczasowymi dziełami polega nie tylko na wykreowaniu na nowo przestrzeni wokół modela ale dodatkowo autorka sama maluje kopie twarzy bohaterek i bohaterów ze znanych obrazów a następnie „wkleja” je we własne fotografie. Efekt koncowy zaskakuje spójnością, wyczuciem w oddaniu detali przeniesionych z danej epoki do świata współczesnego a także sporą dawką ironii.

dorothee golz01

dorothee golz02

dorothee-golz-classic-modern-mashup-1

dorothee-golz-classic-modern-mashup-2

dorothee-golz-classic-modern-mashup-6

Żeby uniknąć niejasności – prac Golz nie można oglądać w modowych magazynach czy kampaniach prestiżowych firm a w muzeach w Wiedniu, Hamburgu czy Londynie ale myślę, że spokojnie można jej dzieła ustawić obok przytaczanych powyżej zdjęć Meisela i Sorrientiego robionych pod konkretnego komercyjnego klienta.Bo poza podobienstwem w grze konwencjami i tematyką, artystka dotyka również samej mody, przebierając swoich piętnasto i szesnastowiecznych modeli we współczesne okrycia. Żeby tego było mało, jedną z najnowszych swoich prac, do której wykorzystała lico”Młodej dziewczyny” z obrazu Petrusa Christusa – zatytułowała „Prada girl”, wystarczy spojrzeć poniżej by się dowiedzieć dlaczego:

prada_maedchen_m

Zachwyca romans fotografa mody Michaela Thompsona z Ingresem, a w jego „Wielką Odaliskę” sfotografowaną dla Vanity Fair wcieliła się piękna Julianne Moore:

julianne-moore-by-michael-thompson

Julianne możemy też podziwiać w roli żony Egona Schiele a z obrazem secesyjnego artysty flirtował Peter Lindbergh na potrzeby magazynu Vogue:

egon schiele lindbergh01

I znów Julianne Moore, tym razem w pełnej malarskich zapożyczen kampanii biżuterii i torebek dla Bulgari autorstwa Mert Alas i Marcus Piggott:

moore bulgari01

moore bulgari02

A jak już przy znanych domach mody jesteśmy to nie sposób nie przytoczyć zdjęć autorstwa Giampaolo Sgura z magazynu Interview, pokazujących kreacje duetu Dolce i Gabbana i nawiązujących do malarstwa Caravaggia i pełnego skrajności baroku:

barok00

barok02

barok04

Francuski dom mody Marithe & Francois Girbaud przy tworzeniu swojej kampanii zainspirował się „Ostatnią Wieczerzą” Leonarda da Vinci, wprowadzając do niej nie tylko swoje produkty ale i nieobecne na pierwowzorze chrześcijanskie symbole w postaci białego gołebia i kielicha. Można też dopatrzeć się symbolicznie skrzyżowanych nóg modelki wcielającej się w Jezusa czy obmywania stopy w naczyniu przez jednego z apostołów odtwarzanego przez modela w jeansach. Po tygodniu od opublikowania bilbordów we Francji i Nowym Jorku, Kościół Katolicki zabronił jej rozpowszechniania uznając ją za parodię obrazu o dużym wydźwięku teologicznym, mogącą obrażać uczucia religijne katolików.

marithe-and-francois-girbaud

Fotografom mody nieobce jest malarstwo prerafaelitów i często do niego sięga np. Richard Burbridge:

richard burbridge lily cole

Ellen von Unverth:

prerafaelici unverth

Steven Meisel:

meisel vogue prerafaelici01

meisel vogue prerafaelici02

Meisel jest z jednym z najlepszych przykładów twórcy postmodernistycznego. W swoich zdjęciach regularnie miksuje style i epoki historyczne, szukając inspiracji w dziełach z bliższej i dalszej przeszłości. Od innych fotografów wyróżnia go niesamowita różnorodność estetyczna jaką stosuje w swoich pracach. Niektórzy zarzucają mu przez to brak własnego stylu a przecież jedną z istotniejszych cech postmodernizmu jest bezstylowość właśnie.

Meiselowska adaptacja malarstwa Gustava Klimta:

klimt meisel

jego wizja młodej arystokratki z okresu późnego baroku:

steven meisel meghan collison

Interpretacje i nawiązania do malarstwa Tamary Lempickiej:

lempicka meisel

do malarskiego rozpasania z czasów cesarstwa Napoleona:

cesarstwo napoleona meisel dolcegabbanafallwinter200602

do krzykliwego w kolorze malarstwa Henri Matisse:

guinevere-van-seenus-by-steven-meisel-for-vogue-italia-january-2008-a

Bardziej dosadnie niż Meisel cytuje Matisse’a Michael Thompson a dużą rolę odgrywa tutaj specyfika makijażu:

matisse by michael thompson for vogue it

Makijaż czy też już charakteryzacja gra pierwsze skrzypce na zdjęciu przywołującym ducha kubizmu ( Alex Box dla magazynu Stylist):

kubizm

podobnie jest u Mikaela Janssona i jego fotograficznej zabawy z malarstwem surrealistów:

Dalí Surrealism Mikael Jansson for Vogue Paris

Patrick Demarchelier cytuje obraz Edgara Degas z zachowaniem rozedrganego, ekspresjonistycznego stylu artysty:

demarchelier-artisti1800a9

Do malarstwa Edwarda Hoopera sięga wielu fotografów mody. Mnie urzekła niedawno interpretacja w wykonaniu Kamili Akrans:

guinevere-van-seenus-for-vogue-china-april-2012-003 (1)

Malarski geniusz samouka Henri Rousseau był punktem wyjścia dla edytorialu An Jisup „Welcome to the jungle” dla magazynu Vogue Girl:

henri rousseau by an jisup

a enigmatyczny charakter obrazów miłośnika dorastających panienek Balthusa pięknie pokazała na swoim zdjęciu Jelena Yemchuk:

balthus jelena yemchuk

Mogłabym tak cytować jeszcze długo i kompletnie zanudzić Panstwa swoimi zachwytami nad malarstwem i fotografią mody, która jak widać na powyżej załączonych obrazkach, potrafi dzięki umiejętności postmodernistycznej gry i zabawy być jednocześnie nośnikiem komercji masowej i sztuką przez duże S.

Takowej sztuki życzę Panstwu jak najwięcej na codzien  i żegnam się do następnego napisania.

Listopad 27, 2012 / junemiller

Mój listopad..

Na ogół nie lubiany, obrzydzany a ja go lubię.

Lubię opadające liście, liście szeleszczące pod stopami, zalegające w parkach, nie tylko te kolorowe w słońcu ale i te gnijące, wydzielające specyficzne zapachy na piwniczną, ziemną nutę.

Lubię jego początek wraz z Dniem Wszystkich Świętych, które nieodmiennie i od lat tytułuję Świętem Zmarłych. Wiem,że nazwa ta jest pomysłem PRLu ale mimo to bardziej mi pasuje. Być może dlatego,że częściej myślę o zmarłych niż o świętych…są mi bliżsi.

Lubię listopadowe szybkie zapadanie zmroku, blaknięcie kolorów, szarugę nieba, mgły. Wcale mnie to nie przygnębia choć rzecz jasna sprzyja zadumie o wiele bardziej niż rześki majowy poranek. Ale myślenia się nie pozbędę, chociaż czasem by się przydało pobyć w rozkosznej pustce i podporządkować swoje bycie najprostszym instynktom, wykonywaniu schematycznych czynności. Marzenia ściętej głowy.

Zapadający mrok miło się harmonizuje ze światłem lampki, suchym i ciepłym kawałkiem własnej podłogi. Sprzyja siedzeniu pod kocem, czytaniu książek, słuchaniu Bacha, powrotem do zapomnianej szuflady z kredkami i tworzenia obrazków.

A propos rysowania to dopadła mnie tak wielka tęsknota za ołówkiem, że w ostatnią sobotę popelniłam kilka gryzmołków. Na razie takich bajkowo-kotkowych, pod kątem mojej Matyldy ale jak  wrócę do domu to postaram sie podziałac mocniej.

Tęsknie też do pisania…Odkryłam notes pełen zapomnianych zapisków czynionych w Londynie. Najwięcej w nim impresji o obrazach z The National Gallery ukochanej, żywiołowo skrobanych podczas kolejnych odwiedzin u pana van Eycka, Memlinga, Ucello czy Cranacha. Czekają na rozwinięcie, popłynięcie w temat, pobuszowanie w cudownej jesieni średniowiecza i późniejszych wiekach odrodzenia i baroku.

Moje pobyty w Szczecinie przelatują mi przez palce. Tak wiele jest zawsze do zrobienia a doba jest taka krótka… Dobitnym przykładem jest na to niniejszy wpis, zaczęty w pełni listopada, przerwany i kontynuowany teraz, czyli pod jego nieuchronny koniec. Nawet nie mogłam w pełni nacieszyć się listopadowością ulubionego miesiąca i napisać o nim w adekwatnym czasie. Eh..  Grudzień za pasem. Wczoraj na stacji benzynowej dopadł mnie znienacka świąteczny song Mariah Carey ( brrrr…). No i choinki na wystawach. To naprawdę już? Znikną liściaste, grzybowo-orzechowe zapachy w parkach, przymrozek wytłumi je wszystkie doszczętnie. Szkoda.

Święta mnie nie cieszą, zwłaszcza od kiedy odszedł Tato. A teraz nie mam pojęcia gdzie będzie dane mi je spędzić – w domu czy w klinice. I prosze nie myśleć, że się teraz zaczną gorzkie żale. Absolutnie nie. Eastwood czuwa i nie pozwala na rozklejanie. Tym bardziej, że nałapałam podczas ostatniego pobytu w Szczecinie dużo dobrej energii a pozbyłam sie ton negatywnej. Będzie dobrze.

A na zakończenie pochwale się moją najnowszą modelką, w ktorej rozkochał się już modelingowy swiat. Sporo sesji testowych  z nią popełniłam ale pokaże na razie jedno zdjecie portretowe: Marlena w moim wielgachnym swetrze z surowej welny. Wyszlo tutaj jej podobieństwo do Natalii Vodianovej. Niesamowita delikatnosc i dziewczęcość połączona ze zmysłowością. A do tego to swetrzysko jako zapowiedź nadchodzacej zimy.

Październik 21, 2012 / junemiller

o najnowszej sesji wizerunkowej dla Y.Babich

Do sesji wizerunkowej dla projektantki Yuliyi Babich podeszlam tym razem wyjatkowo ostroznie i metodycznie. Majac na uwadze moj nie do konca idealny stan, chcialam uniknac niepotrzebnej bieganiny i zamieszania, ktore sa niedolaczna czescia tworzenia i produkcji sesji zdjeciowych. Burzy pomyslow w glowie rzecz jasna nie uniknelam ale jak widac na fotach ponizej probowalam ja ogarnac za pomoca zapiskow i rysunkow w moim styranym notesiku:

Z mysla o  stylizacji, dodatkach, makijazu i fryzurach, obejrzalam w necie tony jesienno zimowych kampanii reklamowych na biezacy sezon, by nie byc w tyle z najnowszymi swiatowymi trendami. Zwykle robie i tak wszystko po swojemu ale nie moge byc ignorantem a  z szacunku dla mody,ktora jest moja praca, musze wiedziec co w niej aktualnie piszczy. Najdluzej zajelo mi wnikanie we fryzury i wybor tej idealnej do mojej sesji.

Ostatecznie zdecydowalam sie na ponizsza fryzure, nawiazujaca do eleganckiego, retro stylu lat 40tych ale dostatecznie przy tym kosmiczna by pasowac zarowno do koronki jak i do futurystycznych srebrnych i zlotych spodni.

Przy ogladaniu zdjec wpadl mi w oko metalowy kolnierzyk i wymarzylam sobie zdobyc takowy do sesji, gdyz swietnie moglby sie sprawdzic w roli lacznika stylizacyjnego calosci.

Marzenia sa bezcenne ale rozum mi podpowiedzial, ze do sesji mam niecale dwa dni wiec przez internet nic nie zdaze zamowic a znalezc takowe cudo w Szczecinie to mission impossible. No i teraz czy ktokolwiek mi uwierzy,ze znalazlam prawie identyczny metalowy kolnierzyk dzien pozniej w pierwszym z brzegu H&M ? I jak tu nie wierzyc w szczesliwe zrzadzenia losu… Kolnierzyk jak widac ponizej, pasowal zarowno do retro koronek jak i nowoczesnego minimalizmu.

Projektantka wybrala modelke( bardzo charakterystyczna new face Kin z mojej agencji), powiedziala,ze kadry maja byc tylko i wylacznie poziome a poza tym zostawila mi calkowicie wolna reke. To duzy komfort dla fotografa ale tez i duza odpowiedzialnosc, tym bardziej,ze brak scislych wytycznych moze spowodowac zbyt duze rozpasanie, przerost ideei wlasnych nad trescia zwiazana jakby nie bylo z konkretnym klientem i wizerunkiem jego firmy i produktow. Mam to szczescie,ze na ogol umiem wyczuc projektanta, zrozumiec jego swiat i ubrania jakie tworzy, polaczyc jego wizje z wlasnymi, dolozyc sporo od siebie, nie zapominajac przy tym ,ze to praca dla kogos o okreslonych potrzebach i stylu. Z Yuliya Babich znamy sie juz dlugo. Ufa mi do tego stopnia, ze nie jest obecna na sesjach. Asystent przywozi mi tylko do studia worki pelne jej projektow.

Podobnie bylo i tym razem, z ta roznica,ze w workach nie znalazlam przygotowanej, spojnej kolekcji na wieszakach a jeden wielki chaos roznosci, ktory poczatkowo rozlozyl mnie na lopatki. Mysle nieskromnie,ze stylistka jestem niezla ale polaczenie delikatnej, koronkowej bluzki w stylu retro z minimalistycznymi dzianinami w rozmiarach maxi, zlotymi spodniami w stylu Alladyna, skorzana kurtka ramoneska i wieloma tajemniczymi skrawkami pozszywanych materialow – wydalo mi sie tak karkolomne i niemozliwe jak uczynienie z mistrzyni w rzucie mlotem, gwiazdy baletu. Ubrania otrzymalam dwa dni przed sesja a jeszcze musialam zajac sie wybraniem i wypozyczyeniem butow i dodatkow. Masakra prosze Panstwa. I mimo sporego doswiadczenia w tego rodzaju pracy jak zwykle dopadly mnie watpliwosci z rodzaju – czy ja sie wogole do tego nadaje i ze teraz to z pewnoscia polegne na calego. Depresyjne refleksje na szczescie ustapily szybko miejsca mojej obowiazkowosci ( wszak sie zobowiazalam wobec projektantki i teraz nie ma zmiluj), bunczucznej naturze ( co, ja nie dam rady?!) i wierze w cuda ( czyli w owa magiczna zaroweczke co to potrafi znienacka rozblysnac w glowie i rozswietlic mroki tworzenia). Poszczegolne looki przygotowalam na sucho w swoim studio, sumiennie rozkladajac i laczac elementy z workow projektantki z moimi prywatnymi znaleziskami. Z poczatkowo kompletnie nie przystajacych do siebie rzeczy, udalo mi sie zmontowac osiem mocnych stylizacji wizerunkowych, z ktorych finalnie powstala kampania podzielona na dwie czesci – pierwsza bardziej romantyczna, prezentowana obecnie w mediach i druga, futurystyczno-geometryczna, ktora ukaze sie nieco pozniej. Jednym kluczowym dla geometrycznej serii zdjeciem, bedacym rowniez jednym z pierwszych ujec podczas sesji i pokazujacym genialna, psychodeliczna biala suknie z dluuuugimi rekawami godnymi krola wariatow – moge sie juz podzielic z Panstwem i od niego zaczne prezentacje efektow moich zmagan. Podobnie jak reszta calej geometrycznej serii, zostalo zrobione w rogu industrialnego, bialego pomieszczenia. Modelka miala do calej stylizacji przygotowane czarne buty na obcasie ale tak mi sie spodobaly jej wlasne adidasy, ze koncepcja ulegla modernizacji.

A ponizej juz cala romantyczna seria w pelnej krasie. Foty wykonane w tym samym budynku ale surowa, betonowa biel zastapily pastelowe kafle starej lazni fabrycznej, szatnia wypelniona stalowymi szafkami i zwykle kartony tuz obok windy przemyslowej. Te trzy tla, doswietlone jedna lampa i wyjatkowo magicznym zrodlem swiatla naturalnego, ktore doslownie zalewalo laznie i szatnie przez bardzo brudne szyby okien – pieknie dopelnily kadry i stworzyly harmonijne duety z projektami Babich i modelka.

Pozwole tez sobie pokazac dwa ulubione piony, nie wykorzystane w kampanii, zrobione bardziej pod katem wlasnym i portfolio modelki:

a na zakonczenie kilka pstrykow backstage’owych.

Kin i jej slynne adidasy:

Stara laznia, ktora ujela mnie swoja kolorystyka i swietlistoscia:

Kartony na korytarzu zagraly swietnie pomimo, ze nikt z ekipy nie rozumial co ja w nich zobaczylam interesujacego i dlaczego uparlam sie wykorzystac je jako plan zdjeciowy:

Szatnia, w ktorej dobre wrozki przygotowaly specjalnie na potrzeby mojej srebrnej stylizacji – rzedy stalowych szafek z fioletowymi naklejkami pod kolor paznokci modelki ( !). I swiatlo zza okna tak doskonale, ze moglam wylaczyc lampe i skorzystac z dobrodziejstw i magii zastanej natury:

I to by bylo na tyle w temacie mojej ostatniej kampanii wizerunkowej. Cala seria geometryczna podziele sie z Panstwem jak nadejdzie jej czas.

Z pozdrowieniami ze slonecznego Szczecina

June.

Październik 17, 2012 / junemiller

wyciszenie w czerwieni

Bardzo duzo mam do napisania i bardzo chce przelac to co sie kotluje pod moja czaszka ale…. nie, nie brakuje mi czasu. To zreszta najglupsze wytlumaczenie na wszystkie zaniedbania. Blog poszedl w odstawke na korzysc wielu rzeczy, mniej i bardziej waznych. Na tym to polega, ze zawsze wybiera sie cos kosztem czegos. Nie ma zmiluj. Wracajac do sedna – jak widac nadal jestem, mam sie jak na moj skomplikowany przypadek osobowy, calkiem niezle. Nadal walcze na ile moj „eastwoodowski” styl pozwala. Przyjelam juz na dobre styl zycia wielblada podroznika z walizka postawiona na bacznosc, zawsze czujna i gotowa do drogi. Jak na nomada duzo pracuje, robie sesje, zatrudniam nowe modelki a nawet udaje mi sie owe modelki umieszczac w najlepszych na swiecie agencjach – ale dzis bedzie nie o tym, chociaz jak widac glowe mi to zajmuje dosc mocno.

Dzis bedzie o spokoju i harmonii, ktore sa dla mnie ( zwlaszcza teraz) niezwykle wazne. Odnalazlam je w sobie wraz z ogromem pokladow jakiejs zupelnie kosmicznej sily, podczas badania bronchoskopowego, zaliczonego przeze mnie pare tygodni temu. Badanie bardzo pozyteczne acz niefajne, polegajace na ogledzinach przez torakochirurga oskrzeli i pluc za pomoca rurki, ktora to sie laduje pacjentowi przez usta albo nos. U mnie wybrano nos. A zeby bylo bardziej hardcorowo zrezygnowano ze znieczulenia ogolnego bo ponoc dla badania lepiej jak pacjent jest swiadomy i wspolpracuje. No i coz…Jak to mowil  glowny bohater „Misia”: „trudno, co robic” – mialam juz tyle badan i zabiegow, zalicze jeszcze i ten. Choc przyznam, ze nerwy byly co niemiara bo badania specjalistyczne pluc zbyt mocno kojarza mi sie z badaniami jakie przechodzil moj chorujacy Tato. A bylo to kurcze calkiem niedawno….i zakonczylo sie niestety koncem pieknej epoki, jednej z najpiekniejszych w moim zyciu.

Do momentu ulozenia sie na lezance zabiegowej bylam wiec klebkiem rozdygotanych nerwow i za nic nie potrafilam sobie przetlumaczyc, ze to „tylko” badanie, mnostwo osob je przechodzilo i przechodzi, zgonow w trakcie raczej nie stwierdzono, calosc trwa kilkanascie minut i na bank dam rade. Czlowiek to zwyczajne zwierze i w pewnych skrajnych momentach cala piekna logike mozna o  przyslowiowy kant dupy potluc. Zostaje instynkt i pierwotne reakcje. Wiec jak na zwyczajne zwierze przystalo, zaczelam kombinowac jak tu uciec. Stety albo niestety „zdrowy rozsadek” ostatecznie zwyciezyl, podpisalam roztrzesiana lapa zgode na badanie, lyknelam pastylke na uspokojenie, ktora to w efekcie zaczela dzialac tyle, ze godzine po zabiegu i pojechalam na wozku na moj szafot. Od dzieciecych lat karmiona malarstwem Boscha oraz basniami braci Grimm, uwielbialam wnikac w klimaty, ktore dla przecietnego czlowieka byly nie do strawienia. Zaliczajac wiec jako dziecko endoskopie zoladka, bylam wrecz oczarowana mozliwoscia obejrzenia na monitorze swojego przelyku i reszty wnetrznosci w full kolorze. Teraz moglam w o wiele bardziej dokladny sposob przyjrzec sie swoim oskrzelom i plucom – nowoczesny monitor wisial tuz nad lezanka, dokladnie nad moja glowa. Ale ochota na zabawe i malarskie odniesienia jakos mi przeszla. Postanowilam zablokowac doznania wzrokowe i po prostu zamknelam oczy. A zanim rurka bronchoskopowa wjechala mi przez prawe nozdrze do srodka, wzielam kilka bardzo wolnych i glebokich oddechow i splotlam dlonie na brzuchu. Badanie sie zaczelo a dla mnie nagle niezmiernie istotne stalo sie to,ze moglam dotykac kciukiem o drugi kciuk, jak gdyby nigdy nic. I lezec w calkiem wygodnej pozycji, ubrana we wlasne wygodne ubranie, w ulubionych „scierkowych” kolorach. Pielegniarka podala mi lignine, gdyby w trakcie badania nastapily odruchy wymiotne, wykrztusne i inne ale ja bylam pewna, ze do niczego takiego nie dojdzie. Poczulam sie nagle bardzo stabilnie, niczym wytrenowany wojownik na polu bitwy, znajacy kazde zdzblo trawy i kazdy kamien na owym polu. Spokojny i niezmiernie stanowczy glos wewnetrzny nakazywal kontrolowac oddech, nie poddawac sie panice, histerycznym skurczom tkanek pod wplywem drazniacych je medycznych cial obcych. Torakochirurg informowal co jakis czas o swoich postepowaniach, dialogowal z asystentem i moja doktor prowadzaca, ktora rowniez uczestniczyla w badaniu, a ja wypelnialam sie coraz wieksza kosmiczna sila i spokojem, coraz bardziej zafascynowana moja diametralna zmiana. Jak pozniej mnie poinformowala  doktor, moje wyciszenie i bezruch wpedzily lekarzy w lekka konsternacje. Przez moment mysleli nawet czy czasem im nie zemdlalam. A ja tymczasem weszlam na jakies nie odkryte do tej pory wewnetrzne poziomy, zlapalam w cugle wszystkie emocje, warunkowe i bezwarunkowe odruchy, ujelam w jedna calosc wszystkie czasteczki i dzieki temu osiagnelam absolutny spokoj, poczucie jednosci ciala i duszy. Brzmi gornolotnie, frazesowo ale trudno inaczej opisac ten stan jaki bylo mi dane osiagnac podczas rutynowego badania bronchoskopowego. No,moze nie tak do konca rutynowego bo z racji pobierania wycinkow, trwalo nieco dluzej niz typowe badanie ogladowe. Tak czy inaczej stalo sie dla mnie czyms wiecej niz badaniem medycznym. I z perspektywy czasu, ciesze sie , ze moglam je przejsc w pelni swiadoma, z calym balastem zwierzecego strachu i bolu. Warto poznawac swoje ukryte, nieziemskie mozliwosci, wyzwalane dopiero wlasnie w tak skrajnych, ekstremalnych sytuacjach. To niespelna 20 minutowe przezycie, uswiadomilo mi jaka jestem tak naprawde albo jaka potrafie byc. I przyznam, ze wiedza ta jest mi niezmiernie potrzebna, zwlaszcza teraz.

A w chwili obecnej odpoczywam, lezac w pozycji podobnej do tej, ktora przyjelam podczas bronchoskopii i ogladam przepiekna sesje Kamilii Akrans, pelna zapozyczen z malarstwa Edwarda Hoopera, pelna harmonii i czerwieni, ktora jako barwa slynie z wlasciwosci pobudzajacych a mnie wyjatkowo wycisza. Moze dzieki posagowej obecnosci na zdjeciach mojej ukochanej modelki Guinevere Van Seenus, dopieszczonym kompozycjom, swoistemu bezruchowi,  zatrzymaniu w czasie i przestrzeni. Skojarzeniu z odkryciem wspanialego wojownika we mnie, mocnego jak stal, cichego jak bezczas…

Sierpień 31, 2012 / junemiller

Butthole Surfers miedzy 2 a 5.40 rano sluchane

Chlopakow z „Butthole Surfers” wytropilam licealistka bedac czyli wieki temu. Kupilam sobie plyte „Locust Abortion Technician” i tak mi sie spodobala,ze sluchac jej zaczelam z uporem maniaka, doprowadzajac moich biednych rodzicow do szalu:) Teraz wpadlam na kolegow z Teksasu podczas moich bezsennych ursynowskich nocy i slucham (sluchawkowo rzecz jasna) usmiechajac sie do tych szalonych choc wcale nie glupich dzwiekow.

Ponizej prezentuje kilka ulubionych kawalkow, poczynajac od chinskiej przyspiewki cudnej:

a potem arcyciekawy  i nieco depresyjny utwor o problemach pewnej pani, zakonczony pozytywnym muczeniem krow

i piosneczka o punckowym zacieciu pochodzaca z ich nastepnej plyty „Hairway to Steven”, ktora lubie tak po prostu, sama nie wiem czemu

a na zakonczenie piesn milosna o jakze wiele mowiacym tytule „My brother’s wife” ( wlasciwie to chodzi o piersi owej zony…) z plyty „Electric Larryland”

Pani z lozka vis a vis usiadla  i wpatruje sie we mnie podejrzanie. Czyzbym zaczela sobie podspiewywac?

I really must be off
Oh it hurts to laugh
My brother’s wife, please help
No, no, no, not my brother’s wife’s breasts
Oh God

5:45.Dobranoc.