W moim warszawskim apartamencie z widokiem na niezbyt urokliwe dachy ursynowskie nie jest mi nudno. Mimo wszechobecnej bieli urozmaiconej gierkowska boazeria, mimo powtarzalnych czynnosci, rytualu codziennego mierzenia temperatur, podawania tabletek, monotonnego bzyczenia pompy kroplowkowej, odglosu wozka dowozacego posilki o dziwacznych porach, mimo raczej milczacych lokatorek trzymajacych telewizor tylko dla wiadomosci dziennika i prognozy pogody i chodzacych spac tuz po.
Dzisiaj na przyklad jednej pani,ktorej doskwieraja bola krzyza dostarczono specjalny gorset z elastycznego materialu, o retro kroju i cielistym kolorze. Od razu mi sie spodobal. Ba – nawet zazdrosc mnie uklula,ze mi takowego nie sprezentuja raczej. Gorset idealny do moich sesji fashion, swietnie wyprofilowany, bedacy polaczeniem idealnej frau z lat 60tych i bielizny Jean Paula Gaultiera.
A potem pojawil sie salowy gej, mocno gestykulujac jedna reka wyciagnieta przed siebie w tanecznym gescie. Sepleniacym falsetem zapytal pania sasiadke o pampersika, ligninke,miseczke, kazal uniesc pupke,nozki itp. Prawie nucac sprawnie wykonal co nalezy.
Bardzo ladny obrazek mam takze teraz. Do ciezko chorej, na oko 60 kilku letniej pani przyszla w odwiedziny jej mama,wygladajaca na o wiele mlodsza od niej. Zabrala sie z mozolem za mycie glowy swojej uziemionej w lozku corki. Duzo przy tym plotkujac o ciociach Zeniach, imieninach Halinki, niesamowitej przygodzie wujka Wiesia. Fryzjersko-lozkowa akcja trwa juz dobra godzine a ja nie moge sie napatrzec i nasluchac. I wcale mnie to nie meczy. Wrecz przeciwnie. Takie proste ziemskie historie bywaja naprawde krzepiace.
Ale magie tez mam. I to mocno. Pojawia sie w momentach kryzysowych, kiedy zmeczenie siega zenitu, bol staje sie nie do zniesienia a ja trace poczucie lacznosci z realnym zyciem chociaz nadal wiem jak sie nazywam, mam pelne poczucie miejsca i czasu. Przychodza do mnie zwierzeta, zmarli, slysze cale utwory symfoniczne, zalewaja mnie fale ulubionych zapachow. Niedawno latalam nad ulicami Szczecina a dokladnie nad ulica Pocztowa. I bez zadnych skrzydel tylko w czyms przypominajacym mala lodke albo wodny motorower. Mialam kierownice,sprzeglo odpowiedzialne za wznoszenie sie. Oderwanie pojazdu od ziemi nie bylo najlatwiejsze ( potem okazalo sie,ze z mojej winy bo pojazd byl za krotko zasilany na ladowarce do mojego Canona) i bylo troche strachu na ruchliwej ulicy gdzie moj wehikul doslownie ocieral sie brzuchem o dachy samochodow. Ale jak juz udalo sie go poderwac wyzej i sunac miedzy starymi kamienicami…mmmm…raj prawdziwy. Zeby tego bylo malo to lecialam w kierunku kosciola Andrzeja Boboli,ktory rozrosl sie w olbrzymia katedre, troche gotycka a troche podobna do Sagrada Familii Gaudiego. Nad katedra zachodzila wielka kula pomaranczowego slonca a cala przestrzen wypelnily nagle dzwieki Blekitnej Rapsodii. Moze po moim opisie wydac sie to kiczowate ale mna dawno nic tak nie wstrzasnelo i nie poruszylo tylu zmyslow na raz. Nawet jak teraz o tym mysle to zalewa mnie ciepla fala, lekko bolesna bo jak wiadomo dotykanie prawdziwego piekna boli.
Przychodzi tez do mnie czesto tato, nie widze go zbyt dokladnie ale czuje az za mocno. Podczas niefajnego zabiegu na bloku operacyjnym, kiedy sie okazalo,ze moje wezly podobojczykowe utrudniaja umieszczenie portu naczyniowego i zaczeto mi sie delikatnie rzecz ujmujac rozpychac pod tkankami- zawolalam tate cichutko mimo,ze jak zazwyczaj podczas zabiegow zamieniam sie w Eastwooda do szescianu i nie wychodzi ze mnie namniejszy jek. Poczulam tate i chwile potem glaskanie po lewej skroni. Przez jakis czas bylam pewna,ze to anastezjolog albo pielegniarka ( mialam twarz przykryta gaza wiec nic nie widzialam) ale potem sie okazalo,ze caly zespol walczyl po mojej prawicy i nikt nie myslal o moich skroniach. A kilka godzin pozniej ciocia z kuzynem zawozili mnie ledwo zywa do domu, Czarek wlaczyl radio, ja nadal pod wrazeniem obecnosci taty, wdzieczna za jego pomoc i pytam Go w myslach “naprawde tam byles tato,czy sobie to wmowilam” a na to z radia jak na zamowienie huknal slynny motyw przewodni z “Mostu na rzece Kwai”, ktory tato potrafil kiedys gwizdac do znudzenia…Oczywiscie kazdy realista mi powie,ze to czysty przypadek,zbieg okolicznosci. Ale ja chyba nie jestem realista.
Z okna mojego ursynowskiego apartamentu ( mam farta i zawsze dostaje lozko przy oknie) ogladam zachody slonca i wznoszace sie samoloty. Czytam swietna ksiazke Joanny Bator o jej tokijskiej podrozy zycia, ogladam seriale na notebooku. Przemeczylam 3 sezony Ally McBeal bo mi sie zachcialo jej neurotyczno-idealistycznych wywodow,glupkowatych utrat rownowagi,nerwowych chichotow, anorektycznego cialka opakowanego w garsonki od Calvina Kleina i oczywiscie zachcialo mi sie ulubionego Richarda Fisha z jego uroczym szowinizmem i nietzcheanskim “bylo-minelo”. Przesycona slodkimi prawnikami z Bostonu przerzucilam sie na 7 i 8 sezon House’a ale troche dziwnie ogladac perypetie szpitalne, rezonanse,sale operacyjne w moich obecnych okolicznosciach przyrody wiec zmienilam klimat na basniowo-sredniowieczny i od wczorajszej nocy zagluszam bezsennosc wciagajac “Games of Thrones”. Poza ogladaniem amerykanskich seriali udalo mi sie odrobic moj brak regularnej kinowosci w ostatnim roku. Obejrzalam slynny “Wstyd” i jakos tak…nie znajduje w nim tego nowatorskiego spojrzenia na wyalienowanego czlowieka w wielkim miescie. To wszystko juz bylo, czesto ciekawiej sportretowane np.w genialnym “Taksowkarzu” czy mniej genialnym ale przewrotnie ciekawym “American Psycho”. Michael Fassbender oczywiscie dziala na widza swym przejmujacym chlodem,bezradnoscia mimo powierzchownego szyku i urody ale postac z jednej strony niesamowicie wymuskanego i robiacego pompki a z drugiej ganiajacego nago z pila mechaniczna po klatce schodowej za prostytutka Christiana Bale’a z “American Psycho” bardziej mna wstrzasnela i utkwila na stale w mozgu. Bardzo spodobal mi sie Sean Penn we “Wszystkich odlotach Cheyenna”, mistrzowsko wcielajac sie w nieco denerwujaca acz wzruszajaca postac drepczacego po swoim miasteczku i supermarketach brata blizniaka Roberta Smitha, w wieku juz blizszym emeryturze niz rockandrollowym szalenstwom a pomimo tego w nienagannie stapirowanych kruczych wlosach,makijazu smoky eyes i czerwonych ustach. Fajnie pokazane malomiasteczkowa Ameryka, ironicznie, bez lukru ale jednak cieplo. Dobrze ogladalo mi sie tez “Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” i “Oscara i pania Roze”. “Sale samobojcow” mimo pewnych smaczkow na poczatku filmu juz mniej, “Listy do M” okazaly sie niesmieszna i marna krajowa polpluczyna po wszystkich komediowych anglosaskich hitach o dniu wigilijnym a “Dziewczyna z tatuazem” amerykanska kopia szwedzkiej pierwszej ekranizacji Larssona. I na razie tyle o filmach. Lepsze czy gorsze ale dzielnie mi pomagaja swa obecnoscia w tej mojej dlugiej podrozy.
A ta podroz wydaje sie nie miec konca chociaz moja z natury ( i mimo upodoban do mrokow) optymistyczna dusza podszeptuje,ze juz coraz blizej do kresu i pozegnania sie z apartamentem na Ursynowie, pozycja najczesciej horyzontalna i eastwoodowskim zaciskaniem zebow podczas najrozmaitszych tortur fizycznych na blokach operacyjnych i salach zabiegowych. Wiem,ze bedzie dobrze. Mam takie bunczuczne przeczucie wlasne a moze i z podszeptem taty. Wiem tez,ze paradoksalnie moze mi brakowac kiedys tej morderczej walki i zmagan, braku przyczepnosci do realnego,normalnego zycia, nieustajacych ciarek powodowanych zwyklym lekiem o wlasne zycie ale takze zadziwiajaca ciekawoscia nowych doswiadczen zabiegowych( nie,nie jestem masochista), reakcji organizmu na poszczegolne leki( lekomanem takze nie jestem), obserowowania z niemalym szokiem jak mimo wszystko silnym zwierzakiem jestem i ile moge zniesc, po najgorszym przezyciu dalej gadac, zartowac, malowac oczy ulubionym cieniem Mac’a i smiac sie z nowej krotkiej, afrykansko wrecz kreconej fryzury. I z pociesznej nazwy mojej podrozy,ktora fachowo i z angielska nazywa sie Hodgkin’s lymphoma a ktora w skrocie tytuluje “Haczkinem” co nieodmiennie i zamierzenie przywoluje mi na mysl pocieszny narod Manczkinow spotkany przez Dorotke na poczatku jej podrozy w Krainie Oz. Manczkinowie byli wzrostu 8letniego dziecka, nosili sie na niebiesko a w ekranizacji Victora Fleminga mowia piskliwymi glosikami zwierzatek z kreskowek, ktory to zabieg od zawsze mnie okrutnie smieszy. I tak moj grozny Hodgkin ewaluowal w manczkinowego Haczkina, przez to tracac swa powage a zyskujac rodzaj bajkowosci,tajemnicy i magii.
Jasne,ze mam tej podrozy juz cholernie dosyc, psychika mimo,ze waleczna ulega rozlegulowaniu, nadchodza doly, zalamania, stagnacje, pustka ale cos jednak mi nie pozwala na kompletne zatracenie w nicosci i jakas jakby niezalezna ode mnie moc wyciaga mnie za leb na powierzchnie. Daje kopa w tylek i twardo zmusza do dalszego biegu. No i biegne, gnam co tchu mimo pozycji horyzontalnej najczesciej:)
Teraz panie sasiadki juz grzecznie spia, a moja pompa kroplowkowa totalnie mnie rozsmiesza swoim dzwiekiem, ktory ulozyl sie w cos na ksztalt “ktorrllakotum – ktorrllakotum”. Czas na krotka toalete, wejscie pod koldre i kolejny odcinek o mrokach bajkowego sredniowiecza. Sluchawki odetna mnie od piosenki pompy, sennych posapywan pan, odglosow z dyzurki pielegniarek, samochodow za oknem. Chwile po godzinie duchow pompa zakonczy swa powinnosc, mala ruda pielegniarka odlaczy moje kabelki a ja pozegnam sredniowieczne historyjki i przeniose sie do wlasnych sennych opowiesci, ktorymi HBO by nie pogardzilo.
Dobranoc.
I sama juz nie wiem czy mnie to zasmuca czy nie. Cos mi sie wydaje, ze predzej zobacze zielone paczki na moich parkowych galeziach niz biale zaspy. Zostaje mi wiec powrot do przeszlosci i prawdziwie syberyjskiej zimy, podczas ktorej udalo mi sie popelnic w parku kilka fotek ptasiej Ewelinie. Zdjecia owe trafily do biezacego numeru magazynu Slow Life wiec jak kto ma ochote poprzygladac im sie z bliska to zapraszam do Empikow;)
czyli nowojorskie karty pokazowe agencji modelek IMG na najblizszy sezon – ukazujace, ze moda mozna sie tworczo bawic. Bez nadecia, sztampy i rutyny czyli tak jak lubie najbardziej.
Ponizej przytaczam moje ulubione:
A poniewaz to pierwszy moj wpis w 2012 roku to przy okazji Wszystkiego co Najbardziej Magiczne i Tworcze Panstwu zycze!
do niedalekiego napisania
June
Z racji przecudownie slonecznego wrzesnia udalo mi sie popelnic w ostatni weekend sesje plenerowa, wykorzystujac do tego celu swoja agencyjna new face Julie, suknie z jesienno/zimowej kolekcji Atelier Marczewski a takze moje okoliczne, znane a jednak nadal zaskakujaco urokliwe miejscowki.
Fotografowie czesto dziela sie na tych co albo sa przyspawani do swoich zacisznych studyjek, kontrolowanych ustawien swiatel,statywow i kilometrow jednostajnych teł albo na tych zgola odmiennie usposobionych i przekladajacych nad najgenialniej wyposazone studio, zywa przestrzen pod golym niebem, nieujarzmione, co sekunde zmienne swiatlo i tone “efektow specjalnych” w postaci kurzu, pylkow, owadow, nierownego podloza z niespodziankami typu smieci i psie kupy ( o zaintrygowanych sesja gapiach nie ma co wspominac bo jak wiadomo w najbardziej wydawaloby sie dzikim miejscu znajdzie sie nagle jakis niekoniecznie pasujacy do kadru przechodzien). Masochizm? Niekoniecznie bo owe trudne warunki mimo wszystko daja sie ujarzmic co bardziej wytrwalym i doswiadczonym a efekty potrafia oczarowac najbardziej znudzone plenerami oko. Mysle, ze wszytko to za sprawa owych zmiennych warunkow swietlnych wlasnie,ktore oprocz dawania w kosc fotografujacemu, modelkom i reszcie ekipy, potrafia tak pieknie wplywac na ekspozycje.
Oczywiscie wcale nie uwazam, ze sesje studyjne sa latwiejsze bo chociazby ustawienie odpowiednio dopasowanych do fotografowanej historii swiatel wymaga wiedzy i wyczucia. Ale fakt faktem w studio latwiej wszystko przewidziec i ogarnac cala sytuacje podczas gdy w plenerze nigdy tak do konca nic nie wiadomo. Biorac wiec pod uwage moja ostatnio niezbyt rewelacyjna kondycje, bylo w niedziele plenerowo- hardcorowo, tym bardziej, ze na kazda zmiane stylizacji wracalismy do studia wiec ostatnia runde robilam juz na bardzo ugietych nogach.
Sesje rozpoczelam wlasciwie pod dachem, we wlasnym salonie bo potrzebowalam kilku ujec w stroju niekoniecznie idealnym na jesienny plener ale cala reszte lookow wymeczylismy juz pod golym niebem. Swiatlo jesiennego ‘krajowego” slonca jest bardzo specyficzne, o wiele cieplejsze ( w sensie tonacji) od letniego, bardziej lagodne ale niestety rownie zmienne. Chcac fotografowac w polcieniach bez pomocy blendy ani rusz. Po raz kolejny tez odkrylam uroki wilgotnej ziemii, w ktora co chwile zatapialy sie wysokie obcasy modelki, powodujac zachwiania rownowagi i zakrzywienia wypracowanych poz. Zawsze mnie w takich sytuacjach zastanawia jak sobie w podobnych okolicznosciach przyrody radza ekipy pracujace przy sesjach dla np.takiego Vogue’a, gdzie przeciez nikt specjalnie ziemii nie utwardza a niebotyczne obcasy mimo, ze za kilka tysiecy euro tez moga sie zatapiac i lamac. Komary jesienia na szczescie juz nie atakuja wiec pod tym wzgledem mielismy swiety spokoj. Niedzielni spacerowicze rowniez nie byli zbyt uciazliwi w przeciwienstwie do zaparkowanych wszedzie samochodow, ktore natarczywie i z uporem wtarabanialy sie w moje kadry. Zeby to chociaz byly jakies ladne, retro samochody…Albo chinskie czerwono-zlote ryksze…Tak, ryksza bylaby w mojej retro-chinskiej sesji bardzo na miejscu ale badz madry i znajdz w Szczecinie chinska ryksze, majac w zanadrzu dzien na przygotowanie sie do pracy. Pobliska restauracja chinska tez nie zdala egzaminu jako miejscowka wiec zadowolilam sie klimatami parkowymi, urozmaiconymi schodami i poniemieckimi brukowanymi wzniesienieniami. Udalo sie tez ustrzelic zgrabne foto na wykafelkowanym parterze mojej klatki schodowej, gdzie na ogol zbyt ciemne warunki nie pozwalaja na fotografowanie przy zastanym swietle. Wielka w tym zasluga mojej wysluzonej najwiekszej blendy, ktora dzielnie wspomaga mnie od lat w najciemniejszych warunkach. Blende dzierzyl podczas calej sesji projektant i musial to byc zabawny widok, kiedy tak chlopina samotnie wystawial sie na chodniku na widok publiczny z poltorametrowa srebrna materia trzymana nad glowa ( doswiecal mi plan klatki schodowej przez otwarte drzwi kamienicy wiec mnie z modelka nie bylo na widoku:)
Musze przyznac, ze modelka zaliczyla swoj chrzest bojowy czyli pierwsza powazna sesje foto na piatke. Nie dala sie parkowej ziemii, oslepiajacym refleksom z blendy, biegajacym pieskom i niedzielnym turystom. Fryzury i mejkapy mojego autorstwa tez przetrwaly a obcasy po domyciu z ziemii i lisci okazaly sie calkiem niezniszczone. Przy postprodukcji fot bardzo sie przydaly wygrzebane z moich odmetow dyskowych migawki z Londynu – rubaszny budda, wypchany labedz,rajskie ptaszory i chinskie lampiony – dopelnily calosci i ladnie zagraly z modelka i sukniami z jesienno zimowej kolekcji. Niemalym zaskoczeniem dla mnie samej okazal sie krzykliwy koloryt z przewaga zolci i czerwieni, ktore dosyc rzadko pojawia sie na moich fotach. Na ogol lubuje sie w desaturacji a tym razem przy obrobce podbijalam kolor zamiast go jak zazwyczaj sciagac. Pewnie jest to wynkiem niestajacego glodu sesyjnego, potrzeby wiekszej dawki energii, slonca i natury.
Wyjatkowo laskawa polska jesien umozliwila mi fotograficzne hasanie pod golym niebem i mam cicha nadzieje, ze rownie laskawa bedzie dla mnie i moich fotograficznych potrzeb przez jakis najblizszy czas..
14letnie Ide wynalazlam w szczecinskim Empiku. Stala w kolejce do kasy razem z kolezankami rowiesniczkami a wybijala sie przy nich jak nie przymierzajac Kilimandzaro przy Tatrach. Nie tylko z powodu wzrostu ( 180cm) i urody ale przede wszystkim tego trudnego do opisania “czegos”. Poczatkowo sesje zdjeciowe z Ida szly dosyc opornie. Nie kazda 14latka postawiona w studio przed obiektywem od razu lyka w lot co zrobic z rekoma, nogami, mimika, ktore to elementy bywaja trudne do opanowania przez o wiele starsze poczatkujace modelki. Rozkrecila sie dopiero przy naszym trzecim spotkaniu, ktorego efekty przedstawiam ponizej. Zaczelysmy od stylizacji na elegancka i dziewczeca paryzanke by z czasem ewoluowac w kierunku klimatow blizszych obrazom Toulouse Lautreca. Nie obylo sie bez mojej pleco- manii ale w koncu kazdy ma jakies swoje “odchylki”, zwlaszcza jak sie jest na fotograficznym glodzie.
Powyzszy cykl powstal podczas moich foto warsztatow fashion, prowadzonych w trybie indywidualnym ( uczestniczy jedna osoba) na ktore serdecznie zapraszam wszystkich zainteresowanych. Zdjecia warsztatowiczki Oli przytocze wkrotce.
Basn w stylu mrocznych historii braci Grimm wymyslila sie sama, gdzies miedzy jedna sesja a druga, w zmeczonej ale szczesliwej glowie, ktora po dluuugiej przerwie mogla wreszcie zaczac kombinowac nad kadrowaniem, oswietleniem, tonacja, stylizacja i cala ta moja ukochana i wyteskniona reszta. W basni jest wszystko jak nalezy czyli mala osierocona dziewczynka wymykajaca sie z domu na samotne spacery po glebokim lesie, jest zly gruby ojczym dziewczynki, zajmujacy sie polowaniem na jelenie, jest wreszcie wspomniany gleboki las, pelen mchow, paproci, tajemniczych polanek i sa zyjace w owym lesie piekne jelenie. Jest duzo brutalnych morderstw i to nie tylko na jeleniach bo zly gruby mysliwy zabil tez niegdys ojca dziewczynki, wiec ciemna zielen glebokiego lasu czesto bywa urozmaicana odcieniami szkarlatu. Drzewa groznie szumia, szeleszcza trawy a zlo ostatecznie ponosi kleske i zly gruby mysliwy konczy zywot w meczarniach okrutnych, nadziany na poroze dorodnego krola lasu. Mala dziewczynka po raz pierwszy sie usmiecha i przytula do miekkiej brazowej sierci swojego wybawiciela. Wlasciwie to juz wcale nie jest taka mala, bo czas w basniach plynie szbko i nie wiadomo kiedy male dziewczynki zmieniaja sie w kobiety…..
Takie to bajki kielkuja w mojej glowie pomiedzy jedna sesja a druga. Lasu nie bylo mi dane dotknac bo pracowalam w studio – pierwszego dnia lookbook dla projektanta, kolejnego caly dzien warsztatow fashion z Ola Teresinska a trzeciego dnia testowanie najnowszej modelki. Nie myslalam wtedy o bajkach pelnych jeleni ale dwa male poroza wisialy na wyciagniecie reki i w koncu moja reka po nie siegnela a glowa blyskawicznie wymyslila stylizacje ( jedna dla 14 letniej Idy, modelki z warsztatow a druga dla Kin, testowanej dzien pozniej). I tak basniowosc wpelzla sobie zupelnie nieoczekiwanie do jednej sesji i drugiej, i bardzo mi dobrze z tego powodu:)
PS.
Pierwsze zdjecie jest autorstwa mojej warsztatowiczki Oli Tersinskiej, moja jest obrobka zdjecia.
Z mojego biurowego okna widac parkowa laweczke. W zaleznosci od pory roku dzieja sie na niej rozmaite rzeczy, czasem na tyle intrygujace, ze az chce sie uwieczniac aparatem. Moze kiedys sie zawezme i zamienie w regularnego podgladacza paparazzo a na razie przedstawiam laweczke w wydaniu paryskim by moja ulubiona fotograficzna parka Mert&Marcus. Scena rodzajowa w wydaniu klasycznym, stylizacje rodem z nostalgicznych filmow erotycznych w typie “Emanuelle” albo “Histoire d’O”, w roli femme fatale zmyslowa Saskia de Brauw, pan model intrygujaco anonimowy i dojrzaly, Karl Templer wystylizowal modeli od stop do glow w kolekcje Gucci a oszalamiajaca kolorystyka zdjec przyprawia o drzenie wszystkie kubki smakowe. Czego chciec wiecej?
A tak przy okazji to wszystkim zainteresowanym Warszatatami Fotografii Fashion chcialam przekazac, ze mozna sie juz ze mna umawiac mailowo na warsztaty indywidualne. Grupowe warsztaty na razie zawieszone do odwolania ( byc moze na jesieni powroca).
z sierpniowymi pozdrowieniami
June
Na malarstwo klasyczne wgapiam sie bezwstydnie godzinami od kiedy nauczylam sie siegac do polek z albumami i reprodukcjami w domu rodzinnym wiec nie bede udawac obojetnosci wobec najnowszej kampanii Louboutina, w ktorej to komercja i fashion przeniknely do wielkiej sztuki( albo odwrotnie). Uwielbiam takie postmodernistyczne zabawy zwlaszcza jak sa trafne i swietnie wykonane. Fotograf Peter Lippmann z butami Louboutina zabawia sie nie od dzis, tworzac serie nawiazujace do znanych malarskich martwych natur czy kompozycji powiazanych z roznymi symbolami religijnymi. Kampania najnowsza ( jesien /zima 2011) jest mi najblizsza sercu z kilku powodow – po pierwsze poprzez nawiazanie do malarstwa portretowego z XVI I XVIIwieku ( wyjatek stanowi najbardziej “wspolczesny” obraz Whistlera) a po drugie z racji udzialu w projekcie mojej agencyjnej modelki Karo, ktora pieknie i z wyczuciem wcielila sie w postac z obrazu Jean Baptiste-Camille Corot.

Jean-Marc Nattier “Markiza D’Antin”
Marie-Guilleme Benoit “Portret Murzynki”
Francisco De Zurbaran “Swieta Dorota”
James McNeil Whistler “Matka Whistlera”
Francois Clouet “Elzbieta Austriacka”
Georges de la Tour “Magdalena i plomien”
Moja Karo jako dziewczynka z “Portretu Dziewczynki” Jean Baptiste-Camille Corot
Matczyna duma mnie rozpiera, ze Karo, ktora od dawna tytuluje “mala kosmitka” wziela udzial w tak zacnym wydarzeniu. Komercja rzadzi sie swoimi prawami i czesto nie nadaje sie do pokazywania z racji sztampy, schematu, typowej roboty pod typowego klienta. Tym bardziej ciesza takie wyjatki jak projekt Lippmann/Louboutin i fakt, ze moja modelka stala sie jego czescia.
Dlugo zastanawialam sie czy popelniac niniejszy wpis, czy nie bedzie zbyt intymny na blogu gdzie rozprawiam przede wszystkim o fotografii, modzie i podobnych. Potem dotarlo do mnie, ze tak naprawde bloga zaczelam prowadzic 19tego stycznia 2008 roku a trzeci wpis z rzedu nazywa sie “tato” i znajduja sie w nim zdjecia ze szpitala, przedstawiajace mojego Tate czekajacego na amputacje nogi. Prowadzenie bloga rozpoczelam od bardzo osobistych wynurzen wiec i teraz postanowilam w jakims sensie dokonczyc dziela.
W styczniu 2008 zdarzyl sie cud i do amputacji ostatecznie nie doszlo a Tato wrocil do domu. W listopadzie 2010 dowiedzial sie o raku pluc a 3 maja 2011 o godzinie 9.40 niedoczekalismy sie kolejnego cudu i Tato juz sie nie obudzil…
Jestem wdzieczna losowi, ze bylo mi dane byc do konca przy Tacie, slyszec jego ostatni oddech…
Najwazniejsze, ze juz nie cierpi a ja czuje, ze teraz jest ze mna mocniej niz kiedykolwiek.
Jezeli ktos bedzie chcial towarzyszyc mi w pozegnaniu Taty to zapraszam we wtorek 10tego maja na godzine 12.30 do Kaplicy Glownej mojego ulubionego Cmentarza Centralnego w Szczecinie.
Tato sledzil mojego bloga, czesto komentowal i krytykowal moje wpisy i zdjecia wiec mysle, ze nie mialby nic przeciwko temu, ze wystosowalam tutaj takie zaproszenie.
Pozatym gdyby nie on, jego Pentacon Six, jego powiekszalnik i kuwety rozstawiane nocami w kuchni, jego albumy i ksiazki o fotografii to kto wie czy zaistnialaby fotografujaca June Miller…( pomijajac juz fakt, ze nie zaistnialabym wogole;)
Dzieki Tato, ze byles. I dzieki, ze jestes i bedziesz.
powyzsze foto Taty wykonala moja Mama.
PS.
Trudny ten 2011 prosze Panstwa i trudna ta wiosna ale zapewniam, ze sie nie poddaje.
I nadal zamierzam walczyc i byc twardzielem jak Clint Eastwood – wszak to ulubiony aktor mojego Taty.
Dawno nie urzekl mnie zaden edytorial. I oto przed momentem trafilam na sesje Ville Varumo. Jest filmowosc, duszny klimat rodem z francuskiego okresu Bunuela, jest kobieta w czarnej peruce i mezczyzna z podkrazonymi oczami, w tle czai sie grozne burzuazyjne domostwo a tajemniczy ogrod w ktorym rozgrywa sie sesja spowija mrok wczesnego poranka…Ta magiczna pora kiedy noc spotyka sie z dniem, czesto zbyt krotka by ja wogole zauwazyc, ma w sobie tyle osobliwosci i niedopowiedzen, tyle wysublimowanych odcieni i wstydliwego jeszcze swiatla…
Zapraszam.
Zdjecia: Ville Varumo
Stylizacja: Sakke Hytönen
Modele: Julia Johansen & Joseph Turnbull























































